Zainspirowana wpisem u kol. btn’a chciałam podzielić się z wami moimi wspominkami dotyczącymi początków korzystania z internetów. Wspominałam już kafejki internetowe, stare strony www, z których korzystałam w czasach młodości oraz popularne w minionej epoce serwisy blogowe – teraz pora na historię tego, w jaki sposób zaczęłam korzystać z internetu jako nastolatka.

Gdybym powiedziała, że w szkole nigdy nie nauczyłam się niczego przydatnego, skłamałabym. W roku szkolnym 2000/2001 w naszym gimnazjum otwarto nowoczesną pracownię informatyczną i w drugiej klasie lekcje ZPT (zajęcia praktyczno-techniczne, które prowadził psychol wrzeszczący i napierdzielający z pasją naćpanego kibola kijem w swoje biurko) zastąpiło coś dużo fajniejszego (i ze zdrowym psychicznie nauczycielem) – informatyka!
W moim domu nie było jeszcze komputera, acz mama przymierzała się do zakupu. Przypomnę, że w tamtych czasach nawet słabszy pecet kosztował, no… dużo. Stąd lekcje informatyki stały się dla mnie furtką do nowego, nieznanego mi jeszcze świata – to właśnie w szkole poznałam podstawy obsługi komputera, dzięki którym mogłam potem sprawnie i mądrze korzystać z peceta we własnym domu.

Szkolne komputery były wyposażone w Windowsa 98, było mi trochę wstyd, że jestem zielona, na szczęście kolega ze stanowiska obok ogarniał lepiej i czasem coś mi podpowiedział. Minęło trochę czasu i sama zaczęłam ogarniać tajniki Windowsa, a potem także internetu.
Jesienią 2001 roku w moim domu pojawił się pierwszy, wymarzony pecet! Problem z tym pecetem był jednak taki, że ten komputer miał już ok. 4 lata, więc był – no niestety – maksymalnie drewniany. Z pomocą przyszedł mi kolega z klasy (jedna z nielicznych osób nastawionych do mnie życzliwie), który dał mi różne płytki ze starymi grami i demkami z CD-Action. On już w to nie grał, bo miał dużo lepszy komputer, na którym działało choćby GTA III czy Jedi Outcast (dla mnie nieosiągalne marzenie). Odpalałam sobie różne tytuły, wiadomo, jedne lepsze, drugie gorsze, jedne działające, inne zupełnie nie. W gronie klasowym popularne było również wymienianie się dyskietkami czy płytami (te były oczywiście cenniejsze) z grami, tapetami, mp-trójkami etc. Inne rzeczy (tapety i pojedyncze pliki, np. mp3) ściągałam we własnym zakresie w kafejkach internetowych.
Ok, miałam komputer, ale o dostępie do internetu mogłam tylko pomarzyć. Mama nie chciała zgodzić się na modem telefoniczny – i ciężko się jej dziwić, a rozwiązanie typu pakiet ryczałtowy też niezbyt jej odpowiadało. Przypomnę, że instalacja stałego łącza to był w tamtych czasach koszt ok. 700 zł, czyli kwota wysoka nawet teraz, a co dopiero wtedy.

Z pomocą przyszedł przypadek. W wakacje między końcem gimnazjum a początkiem liceum skręciłam nogę w kolanie. Nie chciała się ładnie goić i były komplikacje, więc mogłam liczyć na spore odszkodowanie od ubezpieczyciela, które ogarnęła dla mnie mama. Prawie rok później wypłacono mi – a konkretnie mojej mamie, bo przecież miałam tylko 16 lat – odszkodowanie w wysokości ok. 1000 zł. Na tamte czasy majątek, ale teraz też bym chętnie przytuliła taką sumę ot tak. :)
Mama powiedziała, że mogę to przeznaczyć na co chcę, “ale mądrze!”, więc uradziłyśmy, że założymy w mieszkaniu stałe łącze z lokalnej osiedlowej firmy, która w ogłoszeniach rozwieszanych na klatce schodowej oferowała swoje usługi. Internet przecież bardzo pomaga w nauce, wiadomo. ;) Wkrótce w mieszkaniu zjawili się monterzy, ogarnęli wszystko jak trzeba, i w któryś piątkowy wieczór mogłam cieszyć się nieograniczonym internetem ile wlezie! Zarwałam nockę, a w sobotę rano z przerażeniem i bólem odkryłam, że… komputer nie odpala, bo spalił się zasilacz. :’) Koleżanka ogarnęła temat na dniach.

Jaka była jakość tamtego internetu? Kto pamięta tamte czasy, ten wie. Wszystko pełzło w żółwim tempie, zaliczając często całkowite spadki transferów, lub po prostu wszystko się rozłączało, i tak kilka razy w ciągu godziny. :) Oczywiście ciężko to odnieść do współczesnych standardów, bo zwyczajnie nic lepszego wtedy nie istniało.
Wcześniej korzystając z internetu raczej nie wchodziłam w interakcje z ludźmi np. na chatach, a teraz odkryłam, że mogę to robić. Nie byłam może jak chłopak z równoległej klasy w gimnazjum, który rozpaczliwie szukał na chatach przyszłej wybranki serca, podając wszystkie swoje dane osobowe, ale moje zachowanie nie było idealne, że tak powiem.

Tym, którzy nie wiedzą kim wtedy byłam, nakreślę. Byłam 16-latką z aktywnymi objawami psychotycznymi i bardzo wysokim poziomem lęków. Emocjonalnie byłam pozostawiona sama sobie, a wśród rówieśników i dorosłych miałam opinię dziwadła i młodej wariatki. Nie muszę dodawać, że nie miałam żadnych przyjaciół, może poza koleżanką z sąsiedztwa, która też była podobnym wyrzutkiem, no i mało kto pałał do mnie sympatią. To znalazło swoje odzwierciedlenie też online… Przez ileś kolejnych lat zgrzytały mi zęby na myśl o tym, jakie głupoty pisałam ludziom i prywatnie na GG i publicznie np. na forach, ale potem wzruszyłam ramionami i przeszłam nad tym do porządku dziennego. Byłam tylko odrzuconym dzieciakiem, który jakoś próbował poradzić sobie z narastającą chorobą psychiczną – to była moja wina? No właśnie. A teraz ludzie, rzekomo dorośli i zdrowi, piszą dużo gorsze rzeczy pod własnym nazwiskiem, zdjęciem twarzy, zdjęciami swoich dzieci i podanym namiarem na zakład pracy i jakoś nie mają z tego powodu nawet najmniejszego poczucia winy… Więc czemu miałabym wstydzić się jakichś głupot pisanych ponad 20 lat temu, szczególnie że nikogo nie obrażałam, nie hejtowałam i tak dalej? Niech pierwszy rzuci kamieniem ten, kto za nastolatka nie napisał online nic głupiego. Na szczęście moja paranoja i silne lęki sprawiały, że nie w głowie były mi jakiekolwiek randki czy “numerki” irl w obcymi facetami z sieci.

Tak jak u btn’a, zaczęłam się interesować szeroko pojętym tworzeniem stron internetowych. Zaczynałam od programu FrontPage 98 z pirackiej płytki od koleżanki i… i na nim poprzestałam. :P

(źródło)

Prowadziłam w tamtych czasach dwie strony – pierwszą poświęconą mojemu ulubionemu filmowi animowanemu i drugą, poświęconą mojej “wielkiej pasji”, z tym że wtedy nikt nie wiedział, że ta pasja miała mocno psychotyczne tło. Mniejsza. Strona cieszyła się naprawdę dużym zainteresowaniem (jak na tamte czasy oczywiście) i była wysoko w Googlach i toplistach. Pisało do mnie mnóstwo osób, czasem ciekawych, czasem totalnie odklejonych lub chamskich. Paradoksalnie nigdy nie ukończyłam tej strony, chociaż ludziom jak widać wystarczyło to, co tam wrzucałam. Mogłabym o tym wrzucić cały osobny wpis, ale zwyczajnie nie mam ochoty do tego wracać.
Gdzieś między wierszami przewinęły się (i szybko zniknęły) dwie strony poświęcone Gwiezdnym Wojnom. Miałam też blogi na platformach blog.pl i mylog.pl.
Poznałam podstawy html, ale nauczyłam się niewiele więcej. PHP mnie przerosło, zresztą mimo młodego wieku, mój chory mózg zapamiętywał tak naprawdę mało co (i to zmieniło się dopiero niedawno). Obecnie nie chce mi się bawić w takie rzeczy i używam po prostu WordPressa. Photoshopa albo Paint Shop Pro (programy używane wtedy do tworzenia profesjonalnych layoutów stron www) też za bardzo wtedy nie ogarniałam.

Jakość internetu z osiedlowej “firmy Kogucik” niestety pozostawiała coraz więcej do życzenia. Tradycją stało się, że w piątkowy wieczór sygnał zanikał i wracał dopiero późnym wieczorem w niedzielę. Dzwonić na infolinię…? Czyją? :) No i w weekend? To był rok 2003/2004, więc w weekend nie dało się do nikogo dodzwonić. W końcu jednak ludzie zaczęli się złościć i zbiorowo skarżyć w biurze osiedlowej firmy, a legenda miejska głosiła, że szef tej firmy miał na pieńku z jakimś informatykiem hakerem, i ten w ramach zemsty odłączał internet całemu osiedlu co weekend. Do dzisiaj nie wiem, czy była to prawda, acz te awarie faktycznie wyglądały na celowe działanie.
Moja mama nie była zachwycona, bo płaciła rachunki, a tutaj działy się takie jajca… I pewnego razu odezwał się do niej przedstawiciel Telekomunikacji Polskiej – czy nie zechciałaby pani do telefonu stacjonarnego dokupić naszego internetu, będzie taniej. Mama się zgodziła i w ten sposób stałam się młodym (acz już pełnoletnim) użytkownikiem Neostrady. Tak, TP SA spopularyzowała dostęp do internetu w Polsce i doprowadziła go “pod strzechy”. Internet przestał być czymś elitarnym i zamkniętym – stał się częścią życia tysięcy Polaków, i stąd też wzięło się hasło “dzieci neo” (swoją drogą, spójrzcie tylko na tego bloga, jakiż to piękny relikt bezpowrotnie minionej, pogrzebanej w korpościeku epoki… :( ).

Internet z “tepsy” to było takie trochę wejście na inny, wyższy level. Neostrada była bowiem nieco szybsza – było to początkowo bodajże 128 kb/s? (później 256 kb/s i 512 kb/s), a już na pewno stabilniejsza. Do tego dostaliśmy fikuśny modem Sagem F@st 800, a z internetem łączyło się poprzez specjalny program od “tepsy”. Takie rozwiązanie miało jedną wadę – dokładnie o północy modem się resetował, więc jakiekolwiek zostawianie komputera na noc (żeby Kaaza czy eMule pobierały sobie w spokoju film) nie miało większego sensu. W tamtych czasach film mający 400-500 MB ściągał się tydzień (pewnie już o tym pisałam, sorka, demencja xd), gimby nie znajo.
Tak było do 2010 roku, kiedy znajomy mamy z pracy (informatyk) zainstalował nam w mieszkaniu ruter (acz jeszcze nie wi-fi, na które przyszła pora później) i zarówno mama, jak i ja mogłyśmy korzystać bez spiny z internetu – ja na swoim PC, mama na nowiutkim laptopie. Posiadałam wtedy również urządzenie o nazwie netbook – był to miniaturowy laptop, acz dość siermiężny jeśli spojrzeć ze współczesnej perspektywy – i do niego sprawiłam sobie przenośny modem na kartę Blueconnect w ówczesnej Erze (obecnie T-Mobile). Modem jadł trochę tych impulsów, ale do podstawowych zastosowań “na szybko” był ok.

(moje biurko w 2011 roku)

Potem ruter został wymieniony na taki, który obsługiwał już wi-fi. Przygoda z Neostradą trwała jakoś do 2013 roku, kiedy mama postanowiła zmienić providera na Vectrę i do teraz korzysta z jej usług (mimo wzlotów i upadków Vectry).

W nowym miejscu zamieszkania mamy natomiast światłowód z Orange (2 Gb/s) – technicznie usługa wciąż nosi nazwę Neostrada. :)

Subskrybuj
Powiadom o
guest

3 Komentarze
Najstarsze
Najnowsze
btn

Super historia i czasy, pomimo nieciekawego tła osobistego, jednak były jakieś… lepsze choć technicznie toporne.

btn

Tak jest niestety nie tylko z internetem i komputerami. Choćby czasopisma tematyczne, zwykłe relacje między ludźmi czy muzyka. Gadamy ze sobą z pomocą chata gpt, który upiększa i poprawia błędy w zdaniach, robimy coś dla innych za pomocą AI a ci inni tym samym AI “przetwarzają” to by zrozumieć to co otrzymali. Stoimy na głowie ale nie pozostaje nam nic innego jak trzymać się ramy aż się… aż się nie puścimy :) Zdrówka.

Ta strona używa plików cookies.
Jak wykorzystujemy Cookies
Jak wyłączyć cookies
AKCEPTUJĘ
3
0
Chętnie poznam Twoje przemyślenia, skomentuj.x