Tytuł: Warhammer 40,000: Inquisitor – Martyr
Rok wydania: 2018
Platforma: PC (Steam)
Czas: 68 h

Przede wszystkim, nie sądziłam, że przy tej – zdawałoby się niepozornej – grze spędzę aż tyle godzin. A grałam tylko jedną klasą. Dodam, że posiadam dodatek Prophecy i on też wydłużył nieco czas rozgrywki.
W sumie, jeśli wliczyć płatne DLC, mamy sześć klas: Crusader, Assassin, Psyker, Tech-Adept, Sororitas i Hierophant. Ja grałam Crusaderem. Nie będę wam tutaj pisać, co to są za klasy i jakie mają umiejętności, bo to info, które można znaleźć samodzielnie w sieci, a poza tym – fani Warhammera 40k i tak wiedzą, a tym co nie wiedzą nie wystarczy tak lakoniczny opis. :)

Od razu napiszę, że nie jestem hardkorową fangirl Warhammera 40k, z grubsza kojarzę lore, co ważniejsze postacie, bogów, rasy, kilka frakcji etc, ale moja wiedza jest daleka od znakomitej. Warhammer 40k to taka fantastyczna wariacja na temat ludzkości i wszechświata, ale musicie wiedzieć, że całe uniwersum to trochę takie krzywe zwierciadło. Bo jak sama nazwa wskazuje, w tym świecie toczy się wieczna, bezustanna wojna “każdy vs każdy”. W tym świecie wszystko jest podporządkowane wojnie, a przy tym karykaturalnie patetyczne i nadęte, co jest po prostu satyrą na homo sapiens i jego dzieje – a przynajmniej w mojej opinii. Twórcy Martyra sami zresztą potrafią robić sobie z tego jaja.
Nie będę opisywać wam również niuansów fabuły – a przyznam się, że sama czasem się w niej gubiłam. Mam za małą wiedzę o uniwersum Warhammera 40k, żeby móc dostrzec wszystkie fajne i ważne szczegóły oraz smaczki. Wątków było też nieco za dużo, jak na moje możliwości. Ogólnie chodzi o to, że jeden z inkwizytorów – nasz protagonista – wpada na podejrzany trop i zaczyna prowadzić śledztwo, podczas którego dzieją się i wychodzą nowe “rzeczy niestworzone”. Przewija się też cała parada różnych przychylnych i nieprzychylnych inkwizytorowi oraz Imperium postaci. Specjalnie nie używam słów “dobrych” i “złych”, bo w tym świecie pojęcie dobra i zła nie istnieje – po prostu albo jesteś lojalny wobec “swoich”, albo nie i jeśli nie, to czekają cię za to grube wciry. Taka logika rządzi światem Warhammera 40k.

Jak wspomniałam, Martyr wydaje się niepozorną grą i nic nie wskazywało na to, że przejście jej zajmie mi prawie 70 godzin. A mogłabym grać dużo dłużej, bo poza misjami fabularnymi jest całe mnóstwo różnych misji pobocznych. I w innych okolicznościach chętnie bym zrobiła te dodatkowe misje, ale już mi się nie chciało… Dlaczego? Największym problemem, jaki mam z Martyrem jest to, że misji (fabularnych i pobocznych) jest zwyczajnie ZA DUŻO w stosunku do wielkości arsenału i rozwijania umiejętności naszego inkwizytora. I są powtarzalne. Okej, nie mogę powiedzieć, że miałam ochotę już olać tę gierkę i ją odinstalować, a taką sytuację miałam choćby z Diablo III, które w dodatku Reaper of Souls już serio męczyłam – a tutaj rozwałka przeciwników do końca dawała mi satysfakcję i byłam ciekawa jak skończy się historia, ale w pewnym momencie pojawiało mi się już w głowie takie “no ile jeszcze…?”. No i w kontekście tego, co tu opisałam, jakaś zabawa w crafting czy krucjaty nie miała dla mnie większego sensu – po co miałam sztucznie wydłużać rozgrywkę, w której już i tak nie zobaczę żadnych innowacji…? To jest największa wada Martyra. Dobiłam do 65 levelu, to wystarczy, żeby komfortowo przejść grę na poziomie “Normal” nawet mając tak marny skill jak mój. Można wbić i level 100, ale jak wyżej – nie chciało mi się już.

Inne wady, poza powtarzalnością i brakiem innowacji w rozgrywce? Tu i tam widać, że to nie jest gra AAA, ale niedoróbki, małe bugi czy babole graficzne nie są na tyle dokuczliwe, żeby zepsuć granie. Widać też pewne niekonsekwencje – miotacz ognia bez problemu rozwala beczki i inne możliwe do zniszczenia przedmioty, podczas gdy inne bronie już tego nie potrafią lub niszczą przedmioty tylko częściowo. Albo jedna z bohaterek, nazywana najpotężniejszą bronią we wszechświecie, jeśli walczy u naszego boku, to walczy niewiele lepiej, niż zwykły żołnierz armii Imperium albo inny przypadkowy NPC. No i standardowo większość lootu nadaje się tylko na śmiet… do sprzedania handlarce. A i handlarka nie ma jakiegoś super asortymentu. W kwestii powtarzalności widać też to, że twórcy mają kilka-kilkanaście mechanik i one są w grze serwowane co jakiś czas na przemian. Nawet misje, podczas których siedzimy w środku machiny o nazwie Imperial Knight potrafią znużyć (acz deptanie przeciwników jest całkiem fajne).

W kontrze do powtarzalności Martyr ma jednak ogromną zaletę: misje nie są długie i nie są jakieś wymyślne, także łatwo przełknąć to znużenie i lecieć dalej. Mapy są albo typowo korytarzowe (np. na statkach), albo udają otwarte areny, z lepszym lub gorszym efektem. Grafika jest po prostu w porządku i idealnie pasuje do klimatu, fabuły i typu gry. Martyr oczywiście jest pełen przemocy i brutalnych scen, na przykład stosów zwłok cywilów, przywodzących na myśl pewne prawdziwe wydarzenia historyczne (może tylko mnie, bo wiadomo xD). Tyle, że to tylko piksele i w takiej formie graficznej wygląda to po prostu jak komiksowe gore. To taki koloryt Warhammera 40k, i tyle.
Kolejna duża zaleta to duża różnorodność przeciwników. Nie wiem czy nie wyjdę na heretyczkę, ale seria Space Marine zniechęca mnie właśnie tym, że walczymy tylko z jedną wrogą rasą (tak, wiem, kwestia lore). W Martyrze mamy natomiast cały wachlarz wrogów, jaki może występować w tym regionie uniwersum, łącznie z Chaos Space Marines czy nawet Chaos Dreadnoughts. Pokonanie takiego byczka daje mnóstwo satysfakcji! Naszemu inkwizytorowi zdarza się również walczyć u boku Space Marines – i to wyszło genialnie, choć rodzi pewne niekonsekwencje w innych aspektach gameplayu (tak, chodzi o nieszczęsną Alpha Pariah, której skill w walce nagle drastycznie spada, gdy ma nam towarzyszyć). Bo podczas walki u boku Space Marines wyraźnie widać, że chociaż w grze ma rządzić gracz, to jednak oni są ze swoimi umiejętnościami o wiele wyżej, niż zwykły człowiek, nawet tak zaprawiony w walce.
W grze mamy również wybory moralne, które wpływają na to, czy nasz inkwizytor będzie bardziej purystą, czy bardziej radykałem. Od razu muszę zaznaczyć, że w uniwersum Warhammera 40k te pojęcia znaczą coś innego, niż normalnie w języku polskim. Te wybory dobrze zilustrują graczowi to, o czym napisałam wcześniej – nie ma tam dobra ani zła w naszym codziennym rozumieniu. Ja byłam mocno radykalnym inkwizytorem, bo puryzm podchodził mi pod jakiś dziwny fanatyzm i to mi nie pasowało.

Reasumując: Martyr nie jest wolny od wad, ale to i tak bardzo fajna gierka. Można ją wyrwać za śmieszne pieniądze na licznych promocjach, więc jak ktoś chce ograć, to polecam się rozejrzeć. W przyszłości chciałabym spróbować zagrać jakąś inną klasą, ale właśnie – w przyszłości. Jak na grę z niższym budżetem, jest to naprawdę fajny tytuł – i co ważniejsze, twórcy cały czas utrzymują Martyra przy życiu.


Dodałem do listy życzeń. Wydaję się ciekawe, chociaż to unierwsum jest dalej dla mnie mało znane.
https://recenzja137.blogspot.com/
No ciekawa jestem jak ci siądzie.